Recenzja – Magazyn Gitarzysta

Właśnie tak rewelacyjne dźwięki powstają, gdy za nagrywanie płyty bierze się grupa muzycznych zapaleńców i wirtuozów pod dowództwem genialnego skrzypka-wariata.

Jan Gałach to ewenement. Rocznik 1984. Absolwent Szkoły Muzycznej im. Szymanowskiego w Katowicach. Jeszcze przed trzydziestką zdążył pięciokrotnie zgarnąć nagrodę w kategorii „Instrumentalista roku” przyznawaną przez magazyn „Twój Blues”. Po trzydziestce zrobił to jeszcze dwukrotnie. Grał z Kasą Chorych, Dżemem czy Acid Drinkers. Zagrał na scenach większości europejskich państw. Od 2011 roku koncertuje wraz z Jan Gałach Band, a obecnie razem z zespołem świętuje wydanie studyjnego debiutu „In the Studio”.

Pierwsza płyta zespołu to popis umiejętności instrumentalnych, ogromne pokłady muzycznego luzu, dowód doskonałego gustu i po prostu kawał kapitalnej zabawy. Muzycy obracają się w kilku estetykach: jazz, blues, rock progresywny i przede wszystkim fusion. Nieprzypadkowe są nawiązania brzmieniowe do jazz-rocka lat 60 i 70, głównie takich kapel jak Return To Forever, Soft Machine czy The Mahavishnu Orchestra.

Te flirty z przeszłością słychać już od przesiąkniętego ciepłem numeru „Aurora”, niesionego piękną solówką jakby z „Elegy” Jethro Tull albo „Sylvia” Focus. „Saint Tropez” to fusionowe szaleństwo z jazzowymi wokalizami, psychodelicznym wyciszeniem i nieustannie podkręcanym tempem. „Skakanka Ufoistki” – oczko puszczone w kierunku słuchacza, muzyczny dowcip napędzany rewelacyjnym instrumentarium. „Ostatnia jesień” przenosi ponownie w klimaty psychodelizującego, tajemniczego jazz rocka ze świetnym wokalem Karoliny Cygonek. Maciej Balcar (Dżem) zaśpiewał gościnnie w blues rockowym, ciężkim „Hyde”. „Cytrynówka” jest tym, co najmocniej kręci Jan Gałach Band, czyli rozpędzoną kompozycją nastawioną na partie improwizowane. Bez tych improwizacji kolejny na płycie „Night And Delight” byłby zupełnie prostym, bluesowym kawałkiem z lekka pachnącym country, ale ciągłe ubarwienia kompozycji przez klawisze, gitary i skrzypce skutecznie ją urozmaica. Na koniec świta Gałacha ponownie się rozkręca, porządnie rozpędza i instrumentalnie wariuje w dwunastominutowym, rozszalałym „Woman”. Jako mały bonusik pojawia się akustyczna „Moja historia”.

Jan Gałach Band to przede wszystkim potężna maszyna do improwizowania. Szaleją głównie skrzypce, ale swoje momenty mają gitary, klawisze, a nawet sekcja – od bębnów jest zresztą na „In the Studio” gęsto, bo grają tu dwa zestawy jednocześnie. Większa część materiału to właśnie zachwycające, wpadające w ucho i przebogate w różnorakie barwy instrumentalne szaleństwa na dziko szarżującej sekcji. Zespołowi udało się tchnąć w studyjny materiał sceniczne wariactwo, które przynosi słuchaczowi ogromną radość i satysfakcję. Płyta tętni życiem, nie popada w niezdrowy patos, wręcz przeciwnie, kipi humorem i entuzjazmem. W dodatku została idealnie wyprodukowana.

Myślę, że po tym krążku wszystkie sceny jazz rocka powinny stać otworem przed Jan Gałach Band, bo to album z materiałem światowej klasy, o charakterystycznym, rozrywkowym sznycie, zagrany na wesoło, ale przy tym wirtuozerski. Kawał kapitalnej, rozimprowizowanej muzyki. Brać w ciemno!

Magazyn Gitarzysta
Grzegorz Bryk

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *